Babcie zawsze były Zero Waste! - rozmowa z moją mamą

Dzień Babci i Dziadka zbliża się wielkimi krokami, dlatego do refleksji nad tym wyjątkowym dniem w roku zaprosiłam moją mamę. Mama i babcia. Dwie niezwykłe kobiety, dzięki którym dziś bez problemu umiem poskromić plamy z buraka, ekonomicznie i zdrowo gotuję, czy władam igłą i nicią jak zawodowy krawiec. Jak żyły? Jak to możliwe, że zawsze były Zero Waste, choć wówczas nikt nie myślał o tym, aby szerzyć ideę ekologii i upcyklingu? Zapraszam do przeczytania tej inspirującej rozmowy!

 

KR: Już od kilku lat wszędzie wokół mówi się o ekologicznym stylu życia, o rzeczach, które możemy używać wielokrotnie, o życiu bez plastiku. Tymczasem wszystkie te wartości wspólnie z babcią wpajałyście mi od zawsze! Dla mnie domowe przetwory, koszyki czy materiałowe torby na zakupy od zawsze były czymś na porządku dziennym. Z czym dziś kojarzy Ci się nasza babcia?

BR: Kto rachuje i oszczędza, nie zajrzy mu w oczy nędza - mawiała moja babcia i w ten bardzo prosty sposób uczyła mnie postawy Zero Waste, chociaż wtedy nikt jeszcze nie mówił o recyklingu, upcyklingu i ekodesignie. Kiedy wpajano mi zasadę niemarnowania jedzenia, nosiło się ubrania po starszych kuzynkach, robiło sweterki na drutach z wcześniej sprutej odzieży. Nie marnowało się niczego, na łokcie i kolana naszywało się łaty, przerabiało sukienki na spódniczki, doszywało falbanki i mankiety z innego materiału, żeby przedłużyć zbyt krótkie rzeczy. Ze starych robiło się nowe, nabierały innego charakteru, a im ciekawsze były te przeróbki, tym wartościowsze stawały się te kreacje. W czeluściach szafy mojej babci znalazłam kiedyś sukienkę, którą uszyła z czaszy spadochronu… Wszystko, co się dało uratować, ratowało się, żeby jeszcze trochę mogło służyć. Ulice były bogate tym nowym spojrzeniem na modę, której motto brzmiało: nowe ze starego i tak powstawały sukienki z firanki, bluzki i spódniczki z tetrowych pieluch farbowanych domowym sposobem, którym nadawano batikowy charakter dzięki zmyślnie zastosowanym gumkom recepturkom.

 

300

 

KR: Ja wciąż wspominam jak uczyła mnie posługiwania się igłą i nicią. Gdyby nie ona, pewnie do dziś nawet nie pomyślałabym o tym, jak samodzielnie skrócić spodnie, wszyć zamek czy zreperować zerwany guzik! Pamiętam, jak chodziłyśmy wspólnie na zakupy na lokalny targ. To były prawdziwe wyprawy! Choć wtedy lniane siatki i wiklinowe koszyki zdawały się być bardziej popularne. Miałam nawet ten swój mały koszyk, pamiętasz? A Ty mamo, miałaś swój ulubiony zestaw na takie „wyjścia”?

BR: Na wycieczki nie dostawałam chipsów ani napojów w puszce, jechało się z kanapkami zapakowanymi w papier albo lnianą serwetkę, która zabezpieczała je przed wyschnięciem. Czasem był też spory kawałek drożdżowego ciasta, które smakowało jak najlepsze ciastka. Nieśmiertelne jajko na twardo i termos z herbatą, kubek z fajansu stanowiły niezbędny element „suchego prowiantu”. Tak przygotowany ekwipunek pakowany był w siatkę, której dzisiaj pozazdrościłaby mi niejedna dziewczyna. Moja paryżanka była kolorowa, ponieważ zrobiona z resztek kolorowej przędzy bawełnianej. Po zakupy chodziło się z wiklinowym koszykiem i siatką uszytą z materiału. Te na szczęście powoli znów przeżywają swój renesans, więc cuda takie jak woreczki na owoce i warzywa znów są „na topie”. Torbę materiałową prało się i prasowało i chodziło tak długo aż się nie zniszczyła. A niszczyła się po wielu wyprawach na zakupy. Na wspólne wyprawy z dziadkiem i babcią jechałam furmanką w skrzyni, której stał kosz wiklinowy, a w nim zapakowane szczelnie w lniany ręcznik, żeby nie zakurzyła się i nie obeschła, nieśmiertelna drożdżówka z masłem, kompot z jabłek w metalowej kance z dekielkiem, fajansowe kubeczki i owoce, które pozbierało się pod drzewem w sadzie. Odpowiedniki tamtejszych ręczników to dziś lniane woreczki na pieczywo, albo drewniane lunchboxy. Nikt wtedy nie mówił o koszu piknikowym tylko o prowiancie na drogę, a podróż trwała nawet kilka godzin.  

KR: Tak samo pakowałaś mi obiad dla taty, kiedy jeździłam rowerem, żeby zawieść mu go do pracy, kiedy musiał zostać dłużej! Masz jeszcze jakieś wspomnienia i rzeczy, o których 20-30 lat temu nikt nie powiedziałby, że są Zero Waste?

BR: Nie wolno marnować jedzenia - mówiła babcia i chowała obeschnięte kromki chleba, które trafiały do piekarnika i kiedy na płycie gotował się obiad one suszyły się by docelowo po starciu na tarce stać się panierką albo dodatkiem do kopytek. A te robiło się z ziemniaków, które zostały z obiadu. Moja babcia nie wyrzucała niczego, bo wiadomo - jedzenia nie wolno marnować, może go kiedyś zabraknąć jak nie będziesz szanować i tak to szło. Z rosołu była pomidorówka albo inna zupa, z ziemniaków kluski śląskie, kopytka albo leniwe, a z różnych resztek obiad nawinie, w którym lądowało wszystko, co razem tworzyło smaczny i wartościowy posiłek. W wakacje jadło się zupy owocowe, szczawiową, kwaśne mleko i ziemniaki. Kwaśne mleko „robiło” się w kamiennych garnkach nakrytych lnianą serwetką, a jak było go więcej to babcia robiła nam twaróg, a jak i jego nie daliśmy rady zjeść to kisił się ser z kminkiem i tak nic się nie marnowało. Z jednego, powstawało drugie i kolejne, a wszystko zdrowe i smaczne. Nasz jadłospis wyznaczały dojrzewające w warzywniku warzywa, wszystko miało swój czas. Latem owoce i warzywa, żadne pomidory ze sklepu nie są tak smaczne jak te, które jako dziecko zrywałam prosto z krzaka w ogrodzie babci. Ale zanim mogłam je zerwać, od wczesnej wiosny obserwowałam jak w skrzynce na parapecie kiełkują rozsady, które później skrupulatnie pikowało się do oczyszczonych pojemników po maśle roślinnym, a kiedy można już było wysadzić je do gruntu, rozpoczynały swoją karierę w warzywniku. I wtedy zaczynała się najlepsza zabawa. Do wielkich beczek „łapało” się deszczówkę, a wieczorem biegaliśmy z konewkami po zagonach i podlewaliśmy i rośliny i siebie. Nawet w ogrodzie i sadzie panowała racjonalna gospodarka i nic nie mogło się zmarnować, wyrywane chwasty zanosiło się do zagrody dla kur, które odwdzięczały się jajkami o żółtkach w różnych odcieniach koloru żółtego, próżno było szukać dwóch identycznych. Swój czas i porządek miały słoiki, które wędrowały do spiżarni i piwnicy. Puste wędrowały do kuchni, gdzie od czerwca, kiedy dojrzewał agrest i czerwona porzeczka, aż po dynię w occie w październiku stale pojawiały się nowe zapasy na zimę. Na półkach przybywało konfitur, przecierów, kompotów i kiszonek. Jedyne zaprawy utrwalone zalewą octową w tamtych czasach były śliwki, gruszki, grzyby i dynia doprawione goździkami i innymi aromatycznymi przyprawami. Późną jesienią kisiło się w drewnianej beczce kapustę, która stawała się kapuśniakiem, dodatkiem do klusek, surówką. Sok z kiszonej kapusty miał mnie chronić przed przeziębieniami, a dorosłych leczyć z przedawkowania alkoholu. Sok z kiszonej kapusty, woda z ogórków kiszonych bogate były w sole mineralne i bakterie, które namnażały się w procesie kiszenia. Woda z ogórków wzbogacona była dodatkowo chrzanem i czosnkiem – naturalnymi antybiotykami.

 

300

 

KR: Czekaj, czekaj… przecież co roku kiedy zaprawiasz ogórki wrzucasz do słoika ząbek czosnku i trochę chrzanu. Dodatkowo niezmiennie wędruje tam też trochę kopru. Nie pomyślałabym, że ogórki ze słoika mogą dodatkowo wzmacniać odporność. A wracając do sadzenia warzyw… Babcia co roku goniła nas do ogródka. Nie było szansy, żeby uchronić się przed wiosennym maratonem na działce! Pamiętasz, jak któregoś razu tata dostał zadanie specjalne, którym była wyprawa po kompost? W dzisiejszych czasach to prawie jak poszukiwanie świętego graala.

BR: Pewnie, że tak. Kiedy byłam mała, wszelkie odpadki organiczne również miały swoje przeznaczenie, to czego nie dało się przetworzyć trafiało na kompostownik. Tylko obierki z jabłek trafiały do słoja, w którym dzień po dniu fermentował ocet jabłkowy. Kiedy fermentacja dobiegała końca zlewało się ocet do szklanych butelek zamykało korkiem i odstawiało w ciemne miejsce, a kiedy trzeba było coś doprawić przynosiło się taki specyfik w pełni naturalny i zdrowy. I tak żyliśmy, mieliśmy wyjątkowe i niepowtarzalne rzeczy i jedliśmy potrawy, których przepisy inspirowane były tym, co było akurat dostępne. 

 

 

 

autor: Karolina Radtke


Starsze posty

Napisz komentarz

Komentarz musi zostać zaakceptowany przez moderatora